Caroline Janice Cherryh        Przybysz

    . Księga 3 . Rozdział 15 .    

    Mur był samą ciemnością, a brama wyglądała tak, jakby nigdy już nie miała poruszyć się na zawiasach.

    Cienie Ilisidi i Cenediego jako jedne z pierwszych pojawiły się wśród chwastów, starych kamieni brukowych i budowli. Droga przypominała ceremonialną drogę w Bu javid, być może też pochodziła sprzed okresu Ragi. Bren myślał, jak to umysł podąża nieracjonalnymi, fantastycznymi ścieżkami, i rozpaczliwie starał się dogonić ochroniarza Ilisidi, który niósł jego bagaż i komputer.

    Banichi i Jago byli gdzieś z tyłu. Atevi na przedzie szli tak szybko, jak mogła nadążyć Ilisidi, podpierając się laską i korzystając z pomocy Cenediego. Kiedy Ilisidi się śpieszyła, potrafiła iść naprawdę prędko. Teraz się śpieszyła.

    - Mogę to wziąć, nadi - rzekł Bren, usiłując zdjąć pasek torby z ramienia atevy tak, jak ten zrobił to poprzednio z Brenem. - To nic trudnego. Potrzebuję czegoś z nesesera.

    - Nie ma teraz czasu na szukanie czegokolwiek, nand' paidhi - odparł mężczyzna. - Proszę cię, trzymaj się nas.

    To było idiotyczne. Zgubił krok, stracił równowagę, po czym rozzłościł się, co wcale nie pomagało podjąć rozsądnej decyzji. Trzymać się blisko tego ochroniarza, nie wspominać o torbach dopóki się nie zatrzymają, natychmiast po wejściu do samolotu stwierdzić, że jest w nich lek, który musi zażyć, a potem wepchnąć wszystko pod fotel, zabrać torby z widoku... tylko taki plan potrafił wymyślić, mozolnie prąc do przodu. Wysiłek wcale nie robił dobrze na jego ból głowy, a poza tym łamały go wszystkie kości.

    Dotarli do zarośniętych chwastami schodów pod otwartym niebem. Tutaj droga wiodła między opuszczonymi budynkami. Zwolnili - Ilisidi niezbyt dobrze radziła sobie ze stopniami; po kilku krokach jeden z młodszych ochroniarzy po prostu wziął ją na ręce.

    Nie wchodziło to w rachubę w przypadku Banichiego. Bren obejrzał się, został nieco z tyłu, ale jeden ze strażników wziął go za rękę i pociągnął do przodu.

    - Trzymaj się nas, nand' paidhi. Czy potrzebujesz pomocy?

    - Nie - odparł i zaczął mówić, że przydałaby się ona Banichiemu. Coś stuknęło. Kula trafiła mężczyznę, z którym rozmawiał.

    Ateva oparł się o ścianę i chwycił za bok. Strzały nie milkły, odbijając się rykoszetami od ścian. Ateva szarpnięciem wciągnął Brena pod osłonę bramy i przydusił mu głowę do ziemi. Wywiązała się chaotyczna strzelanina.

    - Musimy się stąd wydostać - wydyszał Bren, ale ochroniarz zgarbił się, a ogień nie ustawał. Bren spróbował po omacku wybadać, gdzie mężczyzna został ranny - znalazł zakrwawione miejsce i poszukał pulsu, ale go nie znalazł. Ateva był dziwnie bezwładny - martwy, powiedział sobie, trzęsąc się, Bren. Pociski odbijały się od ścian. Bren nie potrafił określić, skąd nadlatują ani kto strzela.

    Banichi i Jago wchodzili po schodach. Mężczyzna, leżący teraz nieruchomo obok niego, wciągnął go do osłoniętej szczeliny, która chyba prowadziła dalej wśród chwastów. Bren pomyślał, że to może szlak biegnący wokół i w dół wzgórza, którym można iść, nie wychodząc na brukowaną drogę.

    Wstał. Ateva osunął się na ziemię, a Bren spróbował bezsensownie podeprzeć mu głowę. Na czworakach, przerażony ruszył po omacku wzdłuż muru, nie wiedząc, dokąd poszła Ilisidi z Cenedim, ani czy to strzelają atevi Tabiniego, buntownicy czy ktoś inny.

    Posuwał się wzdłuż muru. Skręcił tam, gdzie mur tworzył zakręt, i przeszedł w dół dobre dwadzieścia metrów, po czym natknął się na kolejną ścianę w stercie suchych liści. Cofnął się, ale kiedy spróbował pójść w innym kierunku, napotkał następny mur.

    Wtedy umilkły strzały. Wszystko ucichło. Bren osunął się na ziemię, oparł plecami o ścianę ślepego zaułka i wytężył słuch, usiłując uspokoić chrapliwy oddech i drżenie całego ciała.

    Zrobiło się tak cicho, że słyszał, jak wiatr szeleści liśćmi wśród ruin.

    Co to za miejsce? zapytał się w duchu. Kiedy spojrzał do tyłu, w głąb uliczki, zobaczył jedynie skrawek nocnego nieba, światło gwiazd na starych cegłach i chwastach oraz kawałek brukowanej drogi. Nasłuchując, zadawał sobie pytanie, dokąd to zaprowadziła ich Ilisidi i dlaczego Banichi i Jago nie zdawali sobie sprawy, że to stare ruiny? Czuł się, jakby wpadł do dziury w czasie - jego osobistej dziury, w której nie słyszał niczego, co powinien słyszeć, oprócz własnego urywanego oddechu i liścia sunącego z szelestem po kamieniach.

    Żadnego hałasu samolotu. Żadnych oznak ruchu.

    Przecież wszyscy nie mogli zginąć. Na pewno ukrywają się, tak jak on. Gdyby zaczął się poruszać w tej ciszy, to ktoś mógłby go usłyszeć, a Bren nie wiedział, kto urządził tę zasadzkę ale wydawało się bardzo prawdopodobne, że skoro napastnicy otworzyli ogień, to nie obchodziło ich, czy zabiją paidhiego. To wyglądało na atevich z lotniska Maidingi, którzy niedawno zrzucali bomby.

    Zatem Ilisidi i Cenedi mylili się, a Banichi miał rację: ich wrogowie dotarli do tutejszego lotniska - jeśli rzeczywiście jest tu lotnisko...

    Nikt się nie ruszał. Mogło to oznaczać, że jest wiele ofiar albo że wszyscy siedzą cicho i czekają, aż poruszy się któryś z przeciwników, co pozwoli ustalić, gdzie jest nieprzyjaciel.

    Atevi widzieli w ciemnościach lepiej od ludzi. Dla atewskich oczu - gdyby ktoś spojrzał w kierunku Brena - w zaułku było dość światła.

    Przetoczył się na brzuch, podparł rękoma i kolanem, wstał i jak najciszej cofnął się do samego końca zaułka. Tam usiadł i spróbował się zastanowić. Gdyby mógł dotrzeć do Banichiego, Cenediego czy któregoś z ochroniarzy - zakładając, że nie są oni wrogami ani Ilisidi, ani jego - to istniała szansa, że któryś z nich wie, dokąd trzeba iść (on tego nie wiedział), że mają broń (on jej nie miał) i że posiadają umiejętności pozwalające wydostać się z tej opresji (on ich nie posiadał).

    Gdyby spróbował zejść w dół, wrócić do lasu... Byliby chyba głupcami, gdyby nie pilnowali bramy.

    A może udałoby mu się uciec na wieś? Jest przecież to miasteczko, o którym wspominali, Fagioni. Ale Bren w żaden sposób nie mógłby uchodzić za atevę, a Cenedi powiedział - choć może to była Ilisidi - że jeśli buntownicy opanują Wigairiin, to Fagioni nie będzie bezpieczne.

    Mógłby spróbować przedrzeć się do jakiejś politycznie trwałej granicy, śpiąc na ziemi i żywiąc się tym, co znajdzie po drodze, ale od wielu już lat nie miał do czynienia z botaniką i dawał sobie jakieś dwie, trzy próby, aż wreszcie, się pomyli i otruje.

    Jeśli jednak nie istniała lepsza szansa, było to jakieś wyjście - człowiek może przeżyć bez jedzenia, jeśli tylko ma wodę do picia, Bren był gotów podjąć takie ryzyko, ale wobec doskonałego wzroku i słuchu atevich jakikolwiek ruch wydawał się teraz bardzo niebezpieczny.

    Co więcej, Banichi na pewno widział go przed sobą na stopniach, a jeśli Banichi i Jago żyją, to istnieje cień nadziei, że go odnajdą. Bren musiał przyjąć, że znalezienie go stanowi cel wszystkich - zarówno tych, których bardzo chciałby teraz zobaczyć, jak i tych, których nie chciałby nigdy oglądać.

    Niestety, nikt nie miał na uwadze jego celów. Stracił komputer. Nie miał pojęcia, dokąd poszedł ateva z jego bagażem ani nawet, czy jeszcze żyje. Nie mógł przecież pójść go szukać. Cholerna kabała, pomyślał Bren i objął się ramionami pod zatrzymującym ciepło płaszczem od deszczu, który jednak nie chronił przed chłodem w miejscach, gdzie ciało stykało się z lodowatymi, mokrymi cegłami i kamiennymi płytami.

    Cholerna kabała. A przez cały czas paidhi był dla Ilisidi i Tabiniego jedynie ciężarem.

    Paidhi siedział przemarznięty do szpiku kości w ślepym zaułku, gdzie w razie nadejścia grupy poszukiwawczej nie miał możliwości manewru ani ukrycia się. Systematyczne poszukiwania na pewno go wykryją, jeśli czegoś nie zrobi, na przykład nie zejdzie do miejsca, gdzie ostatnio widział Banichiego i Jago i gdzie na pewno któraś ze stron pilnuje bramy.

    Nie może walczyć z atevimi gołymi rękoma. Może uda mu się znaleźć obluzowaną cegłę.

    Usłyszał jakiś ruch. Siedział i oddychał cicho. Po kilkunastu sekundach szmery ustały.

    Owinął się ciasno płaszczem, żeby plastik nie szeleścił, a potem wsparł się jedną ręką o ścianę, odciążając w ten sposób zdrętwiałe stopy, wstał i ruszył w jedynym możliwym kierunku tak szybko i cicho, jak pozwalały mu zesztywniałe nogi.

    Dotarł do ciała ochroniarza, które leżało u wejścia do zaułka. Dotknął go, żeby upewnić się, że nie zostawił rannego, ale ateva był już zimny.

    Takie miał towarzystwo w miejscu, gdzie stare mury tworzyły kąt, w którym mógł się schować człowiek i z którego mógł obserwować przez szparę drogę biegnącą za plątaniną chwastów.

    Gdzieś z góry, czy z dołu, Bren nie był pewien, dobiegły go nikłe odgłosy. Brakło mu oddechu, usiłował się nie poruszać. Wtedy zobaczył przez szparę mężczyznę z bronią, który przeszukiwał pobocza drogi - mężczyznę bez płaszcza przeciwdeszczowego i w kurcie różniącej się od stroju któregokolwiek z towarzyszy Cenediego.

    Na pewno ktoś z przeciwnej strony. Przeszukuje każdy zaułek. I zbliża się do Brena.

    Wziął bardzo głęboki oddech, oparł głowę o ścianę i schował twarz w cieniu. Blade dłonie wetknął pod pachy. Usłyszał, jak kroki się zbliżają, zatrzymują prawie w zasięgu ręki. Domyślił się, że ateva ogląda ciało ochroniarza.

    Boże, ochroniarz był uzbrojony. Nawet o tym nie pomyślał. Usłyszał cichy dźwięk, jakiś trzask. Nie śmiał odwrócić głowy. Stał nieruchomo, aż w końcu ateva odszedł w głąb zaułka. Na ścianach ślepej uliczki, gdzie niedawno chował się Bren, rozbłysło światło latarki. Stał w bezruchu, starając się nie trząść w swej wąskiej kryjówce. Ateva wrócił, tym razem świecąc sobie latarką.

    Promień światła zatrzymał się przed Brenem. Ateva znów zgasił latarkę, być może obawiając się snajperów, i przestąpiwszy nad ciałem ochroniarza, zaczął schodzić ze wzgórza.

    Zgarnia niedobitków, pomyślał Bren, oddychając chrapliwie. Kiedy upewnił się, że nic mu nie grozi, przykucnął i zaczął obszukiwać ciało ochroniarza.

    Kabura była pusta. Broni nie było ani w ręce, ani pod ciałem. Do diabła, pomyślał. Nie brał pod uwagę kwestii broni, to nie była jego dziedzina, i dlatego popełnił głupi i być może zgubny błąd. Mierzył się z zawodowcami i prawdopodobnie wciąż popełniał błędy, jak wtedy, gdy znajdując się w ślepym zaułku, nie pomyślał o broni, zanim nie znalazł jej ten ateva. Oni robią wszystko dobrze, a on robi wszystko źle, tyle że, jak dotąd, go nie złapali.

    Nie wiedział, dokąd ma iść, nie miał pojęcia o układzie terenu, ale stwierdził, że rozsądnie będzie przynajmniej wydostać się z tej ślepej uliczki. Iść za poszukiwaczami wydawało się lepszym wyjściem, niż czekać tu na nich.

    Wstał, owinął się płaszczem, by jego sylwetka była możliwie najciemniejsza, i ruszył.

    W tej samej jednak chwili usłyszał w głębi ulicy głosy i z mocno bijącym sercem z powrotem wcisnął się w swój zakamarek.

    Nie wiedział, dokąd poszedł samotny poszukiwacz. Nie miał pewności, co się tam dzieje - czy atevi zawrócili, czy może dostali inne zadanie. Nie wiedział, co mógł wiedzieć ani czego mógł się spodziewać taki zawodowiec jak Banichi. Nie umiał się skradać, stwierdził więc, że jego jedyną przewagą może być cierpliwość, po prostu nieruchome trwanie w kryjówce, której nie zauważył już jeden poszukiwacz. Nie mieli noktowizorów, żadnych urządzeń, o których ludzie wiedzieli, że atevi natychmiast zastosują w swojej broni. Nie posługiwali się żadnymi zwierzętami tropiącymi - oprócz mecheiti. Bren miał nadzieję, że przeciwnicy ich nie mają. Widział już jedną rozszarpaną osobę.

    Stał w cieniu. Atevi go mijali, też idąc w dół. Jeden z nich jeszcze raz sprawdził ciało leżące prawie u stóp Brena, a inny poszedł aż do końca zaułka. Rozmawiali cicho, tak że nie wszystko dawało się usłyszeć, ale mówili o liczbie wrogów i zgodzili się, że to trzeci na pewno zabity.

    Po chwili odeszli w kierunku bramy.

    Po dłuższym czasie Bren usłyszał od tamtej strony jakiś ruch i, sądząc z tonu, rozkazy. Głosy umilkły; ruch trwał jeszcze jakiś czas i w końcu Bren zobaczył obcych atevich idących do bramy.

    Ta droga ucieczki była więc zamknięta. Jeżeli ktokolwiek z ich grupy żyje, nie będzie trzymał się bramy. Za Brenem gromadził się oddział mający przeszukać teren i wyobraził sobie, co sam zrobiłby w takiej sytuacji - zamknąłby bramę do rana, a za dnia przeczesałby teren w obrębie murów.

    Wziął głęboki oddech, wyjrzał przez zasłonę chwastów rosnących w szczelinach muru obok jego głowy i wymknął się na drogę, owinięty w swój plastikowy płaszcz, chcąc dotrzeć do najbliższej kryjówki, do następnego zakamarka.

    Znalazł kolejny zaułek. Wszedł do niego, usiłując znaleźć jakąś ciemną dziurę, w której szukający mogliby go nie wypatrzeć nawet za dnia. Potrafił się wcisnąć tam, gdzie nie było miejsca dla dorosłego atevy. Mógł znaleźć takię ukrycie, o którym poszukiwacze nawet by nie pomyśleli, że może się w nim zmieścić człowiek.

    Dwa razy skręcił, za każdym razem bojąc się napotkać ślepe zakończenie, po czym zobaczył przed sobą otwartą przestrzeń - płaski teren, niebieskie światła, wzgórze i rozłożony na nim wielki dom otoczony murem, zza którego było widać białą łunę.

    Wigairiin, powiedział do siebie Bręn i zobaczył na końcu pasa startowego stojący w cieniu odrzutowiec. W okienkach było ciemno, silniki milczały.

    A więc Ilisidi nie kłamała. Cenedi też. Czekał tu na nich samolot. Coś jednak poszło nie tak i wrogowie zajęli Wigairiin, tak jak ostrzegał ich Banichi. Banichi miał rację i nikt go nie słuchał, a on znalazł się w środku tej kabały.

    Banichi powiedział, że Tabini podejmuje kroki przeciw buntownikom - ale na niebie pojawił się statek i Tabini nie mógł rozmawiać z Mospheirą, chyba że przyślą mu Hanks, ale Hanks, niech ją diabli, nie będzie pomagać aijiemu walczącemu o utrzymanie swoich wpływów ani społeczeństwu rozwiązującemu niepewne patronaty czy pomniejszym aijiin, usiłującym zająć pozycję, która umożliwiłaby im przetrwanie upadku aijiego w Shejidan. Hanks otwarcie mu powiedziała, że patronaty w terenie nie mają znaczenia, on utrzymywał, że jest inaczej, ale Hanks nie chciała zrozumieć, dlaczego Bren tak niezłomnie broni swego stanowiska.

    Teraz wokół były dowody na to, że miał rację.

    A Ilisidi i Cenedi nie kłamali. Samolot istnieje - nikt tu nie skłamał, to nie ich wina, że buntownicy przejrzeli ich plan. Do Brena dotarło wreszcie, że atevi, z którymi był, jak dotąd go nie zdradzili. Ilisidi prawdopodobnie cały czas zamierzała udać się do Shejidan - dopóki coś całkowicie nie zawiodło. Oparł się o ścianę. W gardle go ściskało, wirowało mu w głowie. Mimo wszystko usiłował myśleć. To wcale nie oznaczało, że nie mają zamiaru udać się gdzie indziej, ale wciąż był przekonany, że wciągnięto ich w pułapkę, choć przynajmniej wiedział, że zamykająca się wokół niego sieć nie jest dziełem atevich, których darzył przyjaźnią...

    Przyjaźń... Słowo, którego paidhi nie używał. Lecz paidhi najwyraźniej postradał już zdolność osobistego i zawodowego osądu. Wytarł oczy drżącą ręką i jak najostrożniej ruszył wzdłuż opuszczonych budynków, przedzierając się przez chwasty i mijając jakieś stare maszyny, wypatrując kryjówki, nie mając pojęcia, jak długo będzie musiał w niej siedzieć i jak długo zdoła trzymać się nadziei, że Tabini zajmie Maidingi i przybędzie do Wigairiin tą samą drogą co oni.

    Jeśli pozostanie na wolności, może to potrwać nawet kilka tygodni. Pora deszczowa. Nie umrze z pragnienia, chowając się w ruinach. Człowiek może przetrwać bez jedzenia jakiś tydzień, tylko nie powinien dużo się ruszać. Potrzebował jedynie kryjówki - jakiejkolwiek kryjówki, ale najlepiej takiej, z której mógłby obserwować okolicę.

    Zobaczył przed sobą na skraju lądowiska jakieś stare zbiorniki na olej czy paliwo do samolotów, nie był pewien, ale ziemię porastały chwasty, a same zbiorniki wyglądały na nie używane. Być może mógłby znaleźć schronienie w ich cieniu, tam gdzie przylegały do muru - wrogowie spodziewali się go bliżej bramy, a nie przy lotnisku, w miejscu, gdzie prawdopodobnie pracują...

    Kolejny irracjonalny obraz piwnicy. Nie widział, gdzie jest, zamiast tego zobaczył te zakurzone podziemia i już wiedział, co się dzieje. Oparł się ręką o ścianę, żeby nie upaść. Zachował przynajmniej na tyle przytomności umysłu, żeby uważać na nogi: wszędzie leżało pełno gruzu. Atevi zwykle nie tolerowali bałaganu. Stare części maszyn, stare drewno, stare kamienie budowlane - tego miejsca w Wigairiin najwyraźniej nie sprzątano.

    Zburzyli stary mur, żeby wybudować lotnisko, powiedziała Ilisidi. Nie bardzo przejmowali się przeszłością.

    Ilisidi się nią przejmowała. Tu nie zgadzała się z aijiin Wigairiin.

    Rozmawiali o smoketkach i utrzymaniu narodowego skarbu. A ten skarb rozsadzały eksplozje, atevi zabijali się nawzajem - ze strachu przed ludźmi, w imieniu Tabiniego, siedzącego tam, gdzie Ilisidi chciała się dostać przez całe życie...

    Smoketki szybujące nad urwiskiem.

    Atewskie starożytności zrównane z ziemią, żeby zrobić miejsce dla pasa startowego, bo postępowy miejscowy aiji nie chciał jeździć do Maidingi pociągiem.

    Bren dotarł do zbiorników i poczuł na rękach sypiący się rdzą metal. Po omacku wczołgał się do zakamarka utworzonego między zbiornikami i murem, następnie położył się w wilgotnych chwastach pod wspornikami.

    Przez chwilę nie wiedział, gdzie jest. Już go tak bardzo wszystko nie bolało. Z dziury, którą znalazł, nie miał dobrego widoku, chyba że na chwasty rosnące przed nosem. Serce biło mu tak mocno, że bolały go żebra. Nigdy przedtem nie przeżywał czegoś takiego. Właściwie żadna część ciała nie bolała go bardziej niż cała reszta. Zmarzł z jednej strony, bo drugą okrywał płaszcz.

    Znalazł schronienie. Nie musi się stąd ruszać. Może zamknąć oczy.

    Nie musi też myśleć, może odpocząć i pozwolić, by odrętwienie zastąpiło ból.

    Żałował, że nie poszło mu lepiej.

    Nie wiedział, czy to możliwe. Żył i nie został znaleziony. To lepszy wynik od niektórych zawodowców. Miał więcej szczęścia od biednego Giriego, który był przyzwoitym atevą.

    Miał więcej szczęścia od mężczyzny, który przed śmiercią wciągnął go do bramy. Bren sądził, że tamten wcale nie myślał, tylko działał. To chyba stanowiło największą różnicę, jeśli chodziło o reakcje atevich i ludzi. Można to nazwać miłością. Obowiązkiem. Tym, co robiły mecheiti, kiedy wokół spadały bomby, a one wciąż podążały za mecheit'-aiji.

    Man'chi. To nie znaczy obowiązek. To książkowe tłumaczenie. Lecz to, co kazało temu mężczyźnie chwycić go w ostatnim przebłysku świadomości, też było man'chi. Przymus. To, co wiąże grupę.

    Powiedzieli, że Ilisidi nie ma man'chi. Że to nie dotyczy aijiin. Kosmiczna samotność. Wolność absolutna. Babs. Ilisidi. Tabini. "Posyłam ci do dyspozycji człowieka, `Sidi-ji...".

    Nie było niczego, czego nie uczyniłby Tabini, niczego lub nikogo, kogo Tabini by nie poświęcił. Z ludzkiego punktu widzenia Bren wciąż go, drania, lubił.

    Wciąż lubił Banichiego.

    Jeśli ktokolwiek przeżył, to na pewno Banichi. A Banichi zrobiłby to, co zrobił ten ateva w ostatniej chwili życia - lecz pierwszym wyborem Banichiego nie byłaby śmierć - ci dranie zapłaciliby za życie Banichiego i Jago.

    Można się założyć, że są wolni. To ochroniarze Tabiniego, a Tabiniego tu nie ma.

    Jest tylko on.

    Gdyby mogli, już by go znaleźli.

    W kącikach oczu zebrały mu się łzy. Jedna z nich stoczyła się i zatrzymała z boku nosa. Droga pociekła po policzku i skapnęła w chwasty. Atevi nie płaczą. Kolejne kosmiczne upokorzenie, którego zaoszczędziła im natura.

    W sumie jednak to przyzwoite osoby, jak ta para staruszków z wnukami. Kierowali się impulsami, które nie sumowały się w miłość, czuli jednak coś głębokiego, czego nie odczuwali ludzie. Być może jest to coś, do czego zbliżył się bardziej niż którykolwiek paidhi przed nim...

    Nie ma co czekać, żeby atevi odczuli miłość. Paidhi nauczył się zasypywać tę przepaść. Przestać polegać na słowach. Próbować odczuwać man'chi.

    Poczuć, dlaczego Cenedi stłukł go za to, że poszedł po Banichiego na tę zrytą pociskami drogę. Poczuć to, co myślał Cenedi, tak wyraźnie, jakby to wykrzyczał: identyczne man'chi, dawno temu wybrane możliwości. Stare pytanie: co człowiek uratowałby z płonącego domu...?

    Personel Tabiniego mający własne man'chi wśród atevich Ilisidi.

    Jago miałaby przeciwstawić się man'chi?

    Nie partnerka Banichiego.

    "Nie zdradzę cię, Bren-ji..."

    "Zamknij się, nadi Bren".

    Można wierzyć w Jago, nawet jeśli się jej nie rozumie. Można żywić ciepłe uczucia, obojętnie jak je nazywać. Ona jest po jego stronie, tak jak Banichi.

    Ciepłe uczucia. To wszystko.






    Od kamiennych płyt drogi odbijał się nikły blask świtu. A także kroki biegnącego atevy. Ktoś krzyczał. Bren spróbował się poruszyć - zesztywniała mu szyja. Nie mógł wyciągnąć spod siebie lewej ręki, a prawe ramię, nogi i grzbiet stanowiły osobny problem. Zasnął. Nie pamiętał, żeby przybierał tę pozycję, a teraz nie mógł się ruszyć.

    - Stój! - rozległo się gdzieś w pobliżu.

    Sięgnął ręką i ostrożnie rozgarnął chwasty rosnące mu przed nosem. Nad sobą miał wielki cień zbiornika, ściana nie pozwalała mu wyprostować stopy ani kolana.

    Widział jedynie ciąg budynków wzdłuż pasa startowego. Współczesnych budynków. Nie wiedział, w jaki sposób dotarł tu nocą, idąc od ruin. Budynki były tandetne, z betonowych prefabrykatów - dwa budynki, lotniczy rękaw. Domyślił się, że wytwarzają tam pewnie prąd do oświetlania pasa, są też może poczekalnie i warsztat. Mur obok zbiornika także był współczesny, o czym Bren przekonał się, kiedy usiadł, żeby ulżyć plecom.

    Lewa ręka go bolała. Zesztywniała. Nogi nie były w o wiele lepszym stanie. Nie mógł do końca ich wyprostować, a z zesztywniałym ramieniem nie mógł się odwrócić, by zyskać nieco miejsca.

    Strzały. Ktoś z ich grupy, wciąż żywy. Bren nasłuchiwał w nagle zapadłej ciszy, usiłując sobie powiedzieć, że to nie jego sprawa i zastanawiając się, kogo złapią ostatniego i kogo ostatniego zabiją - nie mógł opędzić się od myśli, że prawdopodobnie będzie to Banichi albo Jago, podczas gdy on się chowa, trzęsąc się i wiedząc, że nic nie może zrobić.

    Poczuł - nie wiedział, co. Wyrzuty sumienia, że się ukrywa. Złość, że atevi muszą za niego umierać. Że inni atevi chcą ich zabijać ze źle zrozumianych, głupich powodów, i że ludzie przypisują atevim rzeczy nie mające z nimi nic wspólnego.

    Ktoś krzyknął - Bren nie usłyszał, co. Znów uniósł się na łokciu, grzbietem dłoni przycisnął do ziemi chwasty zasłaniające mu widok na przestrzeń między jego budynkiem a tymi położonymi dalej.

    Zobaczył Cenediego i Ilisidi. Wdowa opierała się na jego ramieniu i mocno kulała. Pilnowało ich czterech groźnie wyglądających mężczyzn w skórzanych kurtach. Jeden z nich, odwrócony plecami do Brena, miał warkocz z niebieską i czerwoną wstążką.

    Niebieski i czerwony. Niebieski i czerwony. Prowincja Brominandiego. Niech go diabli, pomyślał Bren i zobaczył, jak strażnicy popychają Cenediego na ścianę budynku. Szarpnęli Ilisidi za rękę, co zmusiło ją do upuszczenia laski. Cenedi odbił się od ściany, chcąc ich powstrzymać, ale to oni powstrzymali jego, kolbą strzelby.

    Kolejny cios, kiedy usiłował wstać. Cenedi nie był już młody

    - Gdzie jest paidhi? - zapytali. - Gdzie on jest?

    - Pewnie już w Shejidan - usłyszał odpowiedź Ilisidi.

    Nie przełknęli tego. Uderzyli Ilisidi; Cenedi rzucił się na nich, kopnął jednego w głowę, ale sam otrzymał potężny cios kolbą w plecy, a drugi w bok, co rzuciło go na jedno kolano.

    Wtedy przytknęli Ilisidi do głowy pistolet i kazali mu przestać. Cenedi przestał, a oni znowu go uderzyli, a potem jeszcze raz.

    - Gdzie jest paidhi? - wciąż pytali. Podnieśli Cenediego za kołnierz z ziemi. - Zastrzelimy ją - powiedzieli.

    Cenedi jednak nie wiedział. Nie mógł zdradzić Brena, nawet żeby ocalić Ilisidi, bo nie wiedział, gdzie on jest.

    - Słyszałeś? - zapytali i uderzyli Cenediego w twarz tak, że aż uderzył głową o ścianę.

    Zrobiliby to. Zamierzali to zrobić. Bren poruszył się, uderzył głową w zbiornik tak mocno, że w oczach stanęły mu łzy, znalazł wśród chwastów kamień i rzucił go.

    To zdenerwowało przeciwników. Odepchnęli Cenediego i Ilisidi i zaczęli szukać sprawcy, rozmawiając przez radio ze wspólnikami.

    Naprawdę miał nadzieję, że Cenedi wykorzysta tę chwilę, ale oni trzymali Ilisidi na muszce, a Cenedi nie chciał jej zostawić ani ryzykować jej życia. Poszukiwania objęły fronty budynków i zaułek.

    Zbliżyły się buty. Bren rozpłaszczył się z bijącym sercem. Oddychał tak płytko, że zaczynało mu brakować powietrza. Buty odeszły, ale zbliżyła się druga para.

    - Tutaj! - ktoś zawołał.

    O, cholera, pomyślał Bren.

    - Ty! - wrzasnął głos i Bren podniósł wzrok na lufę strzelby szturchającą chwasty, i mężczyznę leżącego na płask po drugiej ich stronie, patrzącego na niego zza tej lufy ze zdumioną miną.

    Bren pomyślał, że ten ateva jeszcze nie widział człowieka z bliska - ten moment szoku zawsze działał mu na nerwy. Tym bardziej, że wiedział, iż na spuście spoczywa palec.

    - Wychodź - rozkazał mężczyzna.

    Zaczął wypełzać ze swej dziury. W jego geście czy w całej sytuacji nie było nic szlachetnego, nic rycerskiego. Bardzo głupio, pomyślał. Prawdopodobnie można było zrobić coś o wiele mądrzejszego, ale Bren nie mógł patrzeć, jak bije się kogoś na śmierć albo strzela się w głowę starej kobiecie. Nie był odpowiednio skonstruowany.

    Wyszedł na światło dnia, pełzając na brzuchu. Lufa strzelby wbiła mu się w szyję, podczas gdy wokół niego zebrali się atevi i przeszukali go.

    Poza tym, powiedział sobie w duchu, paidhi nie jest wojownikiem. Paidhi jest tłumaczem, mediatorem - posługuje się słowami, a jeśli byłby z Ilisidi, to może miałby nawet szansę prowadzenia negocjacji. Ilisidi łączyły kiedyś z buntownikami jakieś związki. Może jest jeszcze jakieś wyjście...

    Zerwali z niego płaszcz przeciwdeszczowy. Zapięcie wytrzymało, więc rozdarł się kołnierz na plecach. Bren spróbował podeprzeć się kolanem. Dwóch atevich chwyciło go za ręce i szarpnięciem postawiło na nogi.

    - Jest nie większy od dziecka - zauważył jeden z nich z niesmakiem.

    - Tacy już są - rzekł czerwono-niebieski. - Widziałem ostatniego. Przyprowadźcie go!

    Usiłował iść. Wcale mu to nie wychodziło. Lewe ramię promieniowało przeszywającym bólem. Bren nie sądził, żeby zechcieli wysłuchać rozsądnych argumentów. Chciał tylko dostać się tam, dokąd szli, i miał nadzieję, że razem z nim przyprowadzą Cenediego i Ilisidi. Potrzebował Ilisidi, potrzebował kogoś, dla kogo mógłby negocjować, kładąc na szalę siebie samego i swoją lojalność.

    Powiedzieć, że jego man'chi jest związane z Ilisidi. Odczytają jego działanie w ten sposób, a przynajmniej istnieje taka możliwość, jeżeli będzie przekonująco kłamał.

    Zaprowadzili go do następnego budynku. Za nim rzeczywiście szli Cenedi z Ilisidi, trzymani na muszce i spychani na ścianę. Ktoś powiedział, że ktoś inny ma złamany kark - mężczyzna, którego kopnął Cenedi, pomyślał Bren w oszołomieniu i spróbował nawiązać kontakt wzrokowy z Ilisidi, patrząc na nią w sposób, który atevi uważali za impertynencki.

    Spojrzała prosto na niego. Zacisnęła usta, lecz Bren nie zrozumiał tego grymasu, ale może przyjęła jego ofertę...

    Ktoś chwycił go za koszulę, obrócił go i przyparł do jakiegoś mebla - to był ten czerwono-niebieski. Bren dostał potężny cios w twarz, zaćmiło mu się w oczach, nie stał już o własnych siłach. Usłyszał spokojny głos Cenediego, mówiący, że ludzie są wrażliwi i jeszcze jeden taki cios go zabije.

    To miłe, pomyślał. Dzięki, Cenedi. Sam z nim porozmawiaj. Sukinsyn. Do oczu napłynęły mu łzy. Wyciekły. Coś kapało mu z nosa, Bren nie był pewien, co. Kiedy szarpnęli go w górę, pokój był rozmazaną plamą. Ktoś podniósł mu głowę, chwyciwszy go za włosy.

    - Czy to twoje? - zapytał czerwono-niebieski i; wiodąc wzrokiem za jego palcem, Bren dostrzegł coś na stole.

    Serce zabiło mu mocniej. Komputer. Na stole obok torba. Ładowali go - na blacie był rozciągnięty przewód.

    - Moje - powiedział.

    - Chcemy dostępu.

    Poczuł smak krwi, poczuł, jak coś ścieka mu po brodzie, mimo przełykania. A, rozcięta warga.

    - Podaj nam kod dostępu - rzekł czerwono-niebieski i szarpnął Brena za koszulę.

    Wtedy jego mózg zaczął funkcjonować. Wiedział, że nie dopuszczą go do komputera. Musiał spowodować, żeby sami zniszczyli system. Musi przypomnieć sobie kody zniszczenia. Sprawić, żeby chcieli uzyskać odpowiedź, żeby uwierzyli, że jest ona dla nich najważniejsza.

    - Kod dostępu! - ryknął mu w twarz czerwono-niebieski. O Boże, ta część planu mu się nie podobała.

    - Odpieprz się - powiedział.

    Oni go nie znali. Tą odpowiedzią ustawił się na równym poziomie z nimi - ledwie miał czas o tym pomyśleć, gdy czerwono-niebieski uderzył go w twarz.

    Na chwilę oślepł i ogłuchł. Prawie stracił czucie. Wciąż go trzymali, coś krzyczeli, a czerwono-niebieski wydawał rozkazy, żeby go powiesili. Bren nie całkiem rozumiał, o co chodzi, ale ktoś chwycił za kołnierz kaftana i zdarł go zeń razem z koszulą. Ktoś inny związał mu z przodu ręce sztywnym skórzanym pasem.

    Wtedy domyślił się, że nie jest dobrze. Być może czas zacząć mówić, tylko że mogą mu nie uwierzyć. Stał tak, a oni wzięli kawałek przewodu elektrycznego i przerzucili go nad rurami biegnącymi pod sufitem. Przewlekli koniec kabla przez związane ręce Brena i szarpnęli je w górę.

    Ramię zapłonęło żywym ogniem. Bren wrzasnął. Nie mógł złapać tchu.

    Dostał pasem po żebrach. Raz, dwa, trzy razy, z całą siłą atewskiej ręki. Nogami nie sięgał ziemi, nie mógł oddychać, nie mógł myśleć.

    - Kod dostępu - rzekł czerwono-niebieski.

    Nie mógł mówić. Mózg mu nie pracował z bólu.

    - Zabijecie go! - ktoś krzyknął. Płuca odmawiały mu posłuszeństwa. Zaczynał tracić przytomność.

    Czyjaś ręka opasała go na wysokości żeber. Uniosła do góry, przejęła ciężar jego ciała.

    - Dostęp - powtórzył głos. Bren z trudem chwytał oddech. - Dołóż mu jeszcze - ktoś powiedział i Brenowi zrobiło się biało przed oczyma ze strachu. Wciąż chwytał powietrze, kiedy puścili go, żeby się huśtał. Ktoś krzyknął, że nie może oddychać.

    Znowu chwyciła go ta sama ręka. Zaszurało drewno, o podłogę uderzyło krzesło i coś jeszcze. Coś mocno ścisnęło Brenowi klatkę piersiową i uniosło go do góry. Złapał oddech.

    "Kto ci dał pistolet, nand' paidhi? Powiedz, że Tabini".

    - Dostęp - odezwał się bezlitosny głos.

    Walczył o oddech w miażdżącym uścisku opasującego go ramienia. Ramię pulsowało tępym, dojmującym bólem. Nie pamiętał, czego chcą.

    - Nie - odpowiedział. Uniwersalna odpowiedź. Na wszystko. Pchnęli go i uderzyli dwa, trzy razy, podczas gdy Bren huśtał się na przewodzie. Szarpnął się, nadwerężył ramię, nie potrafił się zatrzymać, nie mógł oddychać.

    - Dostęp - ktoś powiedział, a ktoś inny podtrzymał go, żeby powietrze dotarło mu do płuc. Ramię zgrzytało i promieniowało bólem, dochodzącym do żeber i do wnętrzności.

    Pistolet, pomyślał. Nie powinien go brać.

    - Dostęp - powiedział ateva i uderzył go w twarz. Jakaś ręka ujęła go za podbródek i przed załzawionymi oczyma Brena pojawiła się rozmazana twarz. - Podaj kod dostępu.

    - Dostęp - powtórzył bezmyślnie. Nie wiedział, gdzie jest. Nie wiedział, czy ma odpowiedzieć na to pytanie, czy nie. Drugie uderzenie w twarz.

    - Kod, paidhi!

    - Kod... - Proszę Cię, Boże, kod. Zaraz zwymiotuje z bólu. Nie wiedział, jak to wyjaśnić durniowi. - Kiedy pojawi się znak zachęty...

    - Jest - powiedział głos. - Co dalej?

    - Napiszcie... - Przypomniał sobie prawdziwy kod. Kiedy zamykał oczy, wszystko stawało się białe, a jeśli odpłynie w tę śnieżycę, to znowu będą go bić. - Kod... - Kod dla wścibskich. Dla złodziei. - Podajcie datę.

    - Jaką?

    - Dzisiejszą. - Głupiec. Usłyszał stuk klawiszy. Czerwononiebieski wciąż był przy nim, ktoś inny unosił mu głowę, trzymając go całą garścią za włosy.

    - Pokazało się "Czas" - ktoś powiedział.

    - Nie podawajcie go. Wpiszcie klawiszami numerycznymi... 1024.

    - Co to jest?

    - Kod, do cholery! Czerwono-niebieski odwrócił wzrok.

    - Wpisz to!

    Zastukały klawisze.

    - Co masz? - zapytał czerwono-niebieski. - Wrócił znak zachęty.

    - To już? - spytał czerwono-niebieski.

    - Weszliście - powiedział Bren i cichutko odetchnął, słuchając stuku klawiszy pod sprawnymi palcami atevy zadającego komputerowi pytania.

    A komputer będzie teraz kłamał. Włączyła się nakładka. Skłamie na temat swojej pamięci, nazw plików, konfiguracji... powie każdemu, kto zapyta, że istnieją pewne pliki, poda ich rozmiary, po czym wywoła różne kody maszynowe i inne bzdury, które powiedzą specjaliście, że pliki te naprawdę istnieją, chronione oddzielnymi hasłami.

    Na podstawie pytań Bren wywnioskował, że zostanie wywieziony z Wigairiin. Czerwono-niebieski zupełnie się na tym nie znał.

    - Co to za śmieci? - zapytał gniewnie, a Bren wstrzymał oddech z zamkniętymi oczyma i spytał z szaleńczą radością:

    -Dziwne symbole?

    - Tak.

    - Weszliście do adresowania. Coście z nim zrobili?

    Znowu go uderzyli.

    - Zapytałem o nazwy tych przeklętych plików! - Ludzki język.

    Zapadła wtedy długa cisza. Nie podobała mu się. Czerwono-niebieski to głupiec. Głupiec może zrobić coś głupiego, na przykład zatłuc go na śmierć, starając się nauczyć programowania komputerów. Bren wisiał na przewodzie, walcząc o odzyskanie oddechu, usiłując dosięgnąć stopami ziemi, a czerwono niebieski zastanawiał się nad różnymi możliwościami.

    - Mamy to, czego nam trzeba - rzekł w końcu. - Bierzemy ich do Negoran.

    Zbuntowane miasto. Stolica prowincji. Terytorium buntowników. Była to odpowiedź, jakiej potrzebował. Miał być dokądś przeniesiony z tego zimna, błota i deszczu, gdzie będzie miał do czynienia z kimś bardziej inteligentnym i ambitnym, z kimś pociągającym za sznurki, z kim paidhi może mógłby się jakoś dogadać...

    - Ich też?

    Bren nie był pewien, o kim mówią. Kiedy odwiązywano go od rur, odwrócił głowę i zobaczył zakrwawioną twarz Cenediego. Była całkowicie obojętna. Podobnie jak twarz Ilisidi.

    Szaleństwo, stwierdził w duchu. Miał nadzieję, że Cenedi nie będzie próbował odgrywać bohatera. Miał nadzieję, że po prostu go zwiążą i zachowają przy życiu, dopóki on sam czegoś nie wymyśli - musi wymyślić jakiś sposób na zachowanie Cenediego przy życiu, na przykład poprosić o Ilisidi.

    Sprawić, żeby chcieli uzyskać współpracę ilisidi. Kiedyś była jedną z nich. Zdradziła ich. Atevi nie traktowali jednak zdrady aijiin osobiście.

    Z początku nie mógł iść. Krzyknął, kiedy ktoś go złapał za bolące ramię i otrzymał cios w głowę, lecz natychmiast chwycił go właściciel jakiegoś rozsądniejszego głosu, który stwierdził, że Bren ma złamaną rękę i że jeśli chce, to może iść o własnych siłach.

    - Pójdę - odparł Bren i spróbował wprowadzić słowo w czyn, co prawda niezbyt pewnie i z cudzą pomocą. Starał się ustać na nogach. Wychodząc na zimny wiatr i słoneczny blask, usłyszał, jak czerwono-niebieski mówi coś do kieszonkowego komunikatora.

    Zagrzmiały silniki odrzutowca. Bren spojrzał na samolot, który stał na pasie startowym, wzbijając kłęby kurzu, i spróbował obejrzeć się, żeby sprawdzić, czy Cenedi i Ilisidi też idą, lecz mężczyzna trzymający go za zdrowe ramię szarpnął nim i zapowiedział, że złamie mu i tę rękę.

    Długi spacer na wietrze i zimnie. Trwało to wieczność, aż wreszcie pojawiły się przed nim schodki, a silniki odrzutowe na ogonie ogłuszyły go i zmroziły lodowatym strumieniem powietrza uderzającym w gołą skórę. Mężczyzna zwolnił uścisk i Bren wszedł po schodkach, trzymając się zdrową ręką cienkiej metalowej poręczy. Przed sobą miał jednego atevę, reszta szła z tyłu.

    Omal nie zemdlał na schodkach. Wszedł do zacisznego, ciemnego wnętrza samolotu. Ktoś chwycił go za ramię i odciągnął na bok, robiąc miejsce w drzwiach. Obok pustych foteli stali atevi, robiąc im przejście. Cenedi pomógł wejść Ilisidi, a za nimi weszli pozostali.

    Szarpnięcie za rękę odciągnęło Brena na bok. Uderzył w fotel, nie trafił na siedzenie, usiłował wstać z ruchomej poręczy, a w wejściu rozgorzała walka, ciało trafiało na kość, tryskała krew. Bren odwrócił się, siedząc na poręczy i zobaczył Banichiego stojącego przy drzwiach z metalową rurką w ręce.

    Walka skończyła się tak szybko, jak zaczęła. Kilku atevich nie żyło, inni byli ciężko ranni. Ilisidi i Cenedi stali, Jago i trzej mężczyźni z ich grupy tkwili w wejściu, a jeszcze jeden ateva stał w kabinie z pistoletem w ręku.

    - Nand' paidhi - wydyszał Banichi i lekko się skłonił. - Nand' wdowo. Usiądźcie. Cenedi, do przodu.

    Bren zachłysnął się, i nie zwracając uwagi na pokrywającą go krew, osunął się na fotel. Banichi i Cenedi mierzyli się wzrokiem. Oprócz Banichiego i Jago wszyscy inni na pokładzie samolotu byli związani man'chi z Ilisidi.

    Wdowa położyła rękę na ramieniu Cenediego.

    - Polecimy z nimi - powiedziała.

    Cenedi lekko się skłonił i zaprowadził wdowę do fotela, przechodząc nad ciałami zabitych, które młodsi atevi odciągali na bok.

    - Niech nikt nie nadepnie na komputer - powiedział Bren, trzymając się za bok. - Gdzieś tu musi być moja torba... nie podepczcie jej.

    - Znajdźcie torbę paidhiego - rozkazał Banichi, a jeden z mężczyzn odpowiedział mu z całą powagą:

    - Nadi Banichi, na pokładzie jest czternaście osób. W samolocie jest miejsce dla dziesięciorga pasażerów i dwóch osób załogi... - Do dziesięciorga plus załoga - zawołał ktoś inny, a trzeci głos dorzucił:

    - Martwi się nie liczą!

    Na Mospheirze uznano by ich za szaleńców.

    - Ilu więc jest martwych? - Sprzeczka toczyła się dalej, a Cenedi zawołał z kabiny:

    - Pilot wychodzi! On jest z Wigairiin, chce się zająć domem.

    - To jeden - ktoś powiedział.

    - Wypuśćcie tego - powiedział chrapliwie Bren, pokazując na atevę, który powiedział, że paidhi ma złamaną rękę - to była jedyna uprzejmość, jaka go od nich spotkała. Atevi Banichiego wiązali żywych i składali martwych w przejściu, lecz Banichi polecił wyrzucić jednego trupa.

    Zaciągnęli więc do drzwi czerwono-niebieskiego i zrzucili go na dół, a ten, który zrzekł się pilotowania, pośpiesznie opuścił samolot.

    Banichi uderzył w przycisk przy drzwiach, które zaczęły się zamykać. Silniki zawyły głośniej. Hamulce wciąż trzymały.

    Bren zamknął oczy, bo przypomniał sobie o urwisku wznoszącym się obok pasa startowego. Ilisidi powiedziała, że snajperzy mogą nie dopuścić do wylądowania.

    A zatem i do startu też.

    Drzwi zamknęły się. Silniki wyły coraz głośniej. Cenedi zwolnił hamulce i samolot ruszył po pasie.

    Banichi opadł na fotel przy oknie. Nogę w łubkach miał sztywną. Kiedy za oknami po jednej stronie przemknęła skała, a po drugiej budynki, Bren chwycił się poręczy fotela tak mocno, że o mało nie rozdarł materiału. Potem z lewej strony pojawiło się błękitno-białe niebo, a po prawej wciąż widać było skałę.

    Po chwili z obu stron pojawiło się niebo i Cenedi wciągnął koła.

    - Nabierzemy paliwa, prawdopodobnie w Mogaru, a potem polecimy do Shejidan - odezwał się Banichi.

    Wtedy, dopiero wtedy, Bren w to uwierzył.

następny