Caroline Janice Cherryh
Przybysz
. Księga 3 . Rozdział 15 .
Mur był samą ciemnością, a brama wyglądała tak, jakby nigdy już
nie miała poruszyć się na zawiasach.
Cienie Ilisidi i Cenediego jako jedne z pierwszych pojawiły się
wśród chwastów, starych kamieni brukowych i budowli. Droga przypominała
ceremonialną drogę w Bu javid, być może też pochodziła sprzed okresu Ragi. Bren
myślał, jak to umysł podąża nieracjonalnymi, fantastycznymi ścieżkami, i
rozpaczliwie starał się dogonić ochroniarza Ilisidi, który niósł jego bagaż i
komputer.
Banichi i Jago byli gdzieś z tyłu. Atevi na przedzie szli tak
szybko, jak mogła nadążyć Ilisidi, podpierając się laską i korzystając z pomocy
Cenediego. Kiedy Ilisidi się śpieszyła, potrafiła iść naprawdę prędko. Teraz się
śpieszyła.
- Mogę to wziąć, nadi - rzekł Bren, usiłując zdjąć pasek torby
z ramienia atevy tak, jak ten zrobił to poprzednio z Brenem. - To nic trudnego.
Potrzebuję czegoś z nesesera.
- Nie ma teraz czasu na szukanie czegokolwiek, nand' paidhi -
odparł mężczyzna. - Proszę cię, trzymaj się nas.
To było idiotyczne. Zgubił krok, stracił równowagę, po czym
rozzłościł się, co wcale nie pomagało podjąć rozsądnej decyzji. Trzymać się
blisko tego ochroniarza, nie wspominać o torbach dopóki się nie zatrzymają,
natychmiast po wejściu do samolotu stwierdzić, że jest w nich lek, który musi
zażyć, a potem wepchnąć wszystko pod fotel, zabrać torby z widoku... tylko taki
plan potrafił wymyślić, mozolnie prąc do przodu. Wysiłek wcale nie robił dobrze
na jego ból głowy, a poza tym łamały go wszystkie kości.
Dotarli do zarośniętych chwastami schodów pod otwartym niebem.
Tutaj droga wiodła między opuszczonymi budynkami. Zwolnili - Ilisidi niezbyt
dobrze radziła sobie ze stopniami; po kilku krokach jeden z młodszych
ochroniarzy po prostu wziął ją na ręce.
Nie wchodziło to w rachubę w przypadku Banichiego. Bren
obejrzał się, został nieco z tyłu, ale jeden ze strażników wziął go za rękę i
pociągnął do przodu.
- Trzymaj się nas, nand' paidhi. Czy potrzebujesz pomocy?
- Nie - odparł i zaczął mówić, że przydałaby się ona
Banichiemu. Coś stuknęło. Kula trafiła mężczyznę, z którym rozmawiał.
Ateva oparł się o ścianę i chwycił za bok. Strzały nie milkły,
odbijając się rykoszetami od ścian. Ateva szarpnięciem wciągnął Brena pod osłonę
bramy i przydusił mu głowę do ziemi. Wywiązała się chaotyczna strzelanina.
- Musimy się stąd wydostać - wydyszał Bren, ale ochroniarz
zgarbił się, a ogień nie ustawał. Bren spróbował po omacku wybadać, gdzie
mężczyzna został ranny - znalazł zakrwawione miejsce i poszukał pulsu, ale go
nie znalazł. Ateva był dziwnie bezwładny - martwy, powiedział sobie, trzęsąc
się, Bren. Pociski odbijały się od ścian. Bren nie potrafił określić, skąd
nadlatują ani kto strzela.
Banichi i Jago wchodzili po schodach. Mężczyzna, leżący teraz
nieruchomo obok niego, wciągnął go do osłoniętej szczeliny, która chyba
prowadziła dalej wśród chwastów. Bren pomyślał, że to może szlak biegnący wokół
i w dół wzgórza, którym można iść, nie wychodząc na brukowaną drogę.
Wstał. Ateva osunął się na ziemię, a Bren spróbował
bezsensownie podeprzeć mu głowę. Na czworakach, przerażony ruszył po omacku
wzdłuż muru, nie wiedząc, dokąd poszła Ilisidi z Cenedim, ani czy to strzelają
atevi Tabiniego, buntownicy czy ktoś inny.
Posuwał się wzdłuż muru. Skręcił tam, gdzie mur tworzył zakręt,
i przeszedł w dół dobre dwadzieścia metrów, po czym natknął się na kolejną
ścianę w stercie suchych liści. Cofnął się, ale kiedy spróbował pójść w innym
kierunku, napotkał następny mur.
Wtedy umilkły strzały. Wszystko ucichło. Bren osunął się na
ziemię, oparł plecami o ścianę ślepego zaułka i wytężył słuch, usiłując uspokoić
chrapliwy oddech i drżenie całego ciała.
Zrobiło się tak cicho, że słyszał, jak wiatr szeleści liśćmi
wśród ruin.
Co to za miejsce? zapytał się w duchu. Kiedy spojrzał do tyłu,
w głąb uliczki, zobaczył jedynie skrawek nocnego nieba, światło gwiazd na
starych cegłach i chwastach oraz kawałek brukowanej drogi. Nasłuchując, zadawał
sobie pytanie, dokąd to zaprowadziła ich Ilisidi i dlaczego Banichi i Jago nie
zdawali sobie sprawy, że to stare ruiny? Czuł się, jakby wpadł do dziury w
czasie - jego osobistej dziury, w której nie słyszał niczego, co powinien
słyszeć, oprócz własnego urywanego oddechu i liścia sunącego z szelestem po
kamieniach.
Żadnego hałasu samolotu. Żadnych oznak ruchu.
Przecież wszyscy nie mogli zginąć. Na pewno ukrywają się, tak
jak on. Gdyby zaczął się poruszać w tej ciszy, to ktoś mógłby go usłyszeć, a
Bren nie wiedział, kto urządził tę zasadzkę ale wydawało się bardzo
prawdopodobne, że skoro napastnicy otworzyli ogień, to nie obchodziło ich, czy
zabiją paidhiego. To wyglądało na atevich z lotniska Maidingi, którzy niedawno
zrzucali bomby.
Zatem Ilisidi i Cenedi mylili się, a Banichi miał rację: ich
wrogowie dotarli do tutejszego lotniska - jeśli rzeczywiście jest tu lotnisko...
Nikt się nie ruszał. Mogło to oznaczać, że jest wiele ofiar
albo że wszyscy siedzą cicho i czekają, aż poruszy się któryś z przeciwników, co
pozwoli ustalić, gdzie jest nieprzyjaciel.
Atevi widzieli w ciemnościach lepiej od ludzi. Dla atewskich
oczu - gdyby ktoś spojrzał w kierunku Brena - w zaułku było dość światła.
Przetoczył się na brzuch, podparł rękoma i kolanem, wstał i jak
najciszej cofnął się do samego końca zaułka. Tam usiadł i spróbował się
zastanowić. Gdyby mógł dotrzeć do Banichiego, Cenediego czy któregoś z
ochroniarzy - zakładając, że nie są oni wrogami ani Ilisidi, ani jego - to
istniała szansa, że któryś z nich wie, dokąd trzeba iść (on tego nie wiedział),
że mają broń (on jej nie miał) i że posiadają umiejętności pozwalające wydostać
się z tej opresji (on ich nie posiadał).
Gdyby spróbował zejść w dół, wrócić do lasu... Byliby chyba
głupcami, gdyby nie pilnowali bramy.
A może udałoby mu się uciec na wieś? Jest przecież to
miasteczko, o którym wspominali, Fagioni. Ale Bren w żaden sposób nie mógłby
uchodzić za atevę, a Cenedi powiedział - choć może to była Ilisidi - że jeśli
buntownicy opanują Wigairiin, to Fagioni nie będzie bezpieczne.
Mógłby spróbować przedrzeć się do jakiejś politycznie trwałej
granicy, śpiąc na ziemi i żywiąc się tym, co znajdzie po drodze, ale od wielu
już lat nie miał do czynienia z botaniką i dawał sobie jakieś dwie, trzy próby,
aż wreszcie, się pomyli i otruje.
Jeśli jednak nie istniała lepsza szansa, było to jakieś wyjście
- człowiek może przeżyć bez jedzenia, jeśli tylko ma wodę do picia, Bren był
gotów podjąć takie ryzyko, ale wobec doskonałego wzroku i słuchu atevich
jakikolwiek ruch wydawał się teraz bardzo niebezpieczny.
Co więcej, Banichi na pewno widział go przed sobą na stopniach,
a jeśli Banichi i Jago żyją, to istnieje cień nadziei, że go odnajdą. Bren
musiał przyjąć, że znalezienie go stanowi cel wszystkich - zarówno tych, których
bardzo chciałby teraz zobaczyć, jak i tych, których nie chciałby nigdy oglądać.
Niestety, nikt nie miał na uwadze jego celów. Stracił komputer.
Nie miał pojęcia, dokąd poszedł ateva z jego bagażem ani nawet, czy jeszcze
żyje. Nie mógł przecież pójść go szukać. Cholerna kabała, pomyślał Bren i objął
się ramionami pod zatrzymującym ciepło płaszczem od deszczu, który jednak nie
chronił przed chłodem w miejscach, gdzie ciało stykało się z lodowatymi, mokrymi
cegłami i kamiennymi płytami.
Cholerna kabała. A przez cały czas paidhi był dla Ilisidi i
Tabiniego jedynie ciężarem.
Paidhi siedział przemarznięty do szpiku kości w ślepym zaułku,
gdzie w razie nadejścia grupy poszukiwawczej nie miał możliwości manewru ani
ukrycia się. Systematyczne poszukiwania na pewno go wykryją, jeśli czegoś nie
zrobi, na przykład nie zejdzie do miejsca, gdzie ostatnio widział Banichiego i
Jago i gdzie na pewno któraś ze stron pilnuje bramy.
Nie może walczyć z atevimi gołymi rękoma. Może uda mu się
znaleźć obluzowaną cegłę.
Usłyszał jakiś ruch. Siedział i oddychał cicho. Po kilkunastu
sekundach szmery ustały.
Owinął się ciasno płaszczem, żeby plastik nie szeleścił, a
potem wsparł się jedną ręką o ścianę, odciążając w ten sposób zdrętwiałe stopy,
wstał i ruszył w jedynym możliwym kierunku tak szybko i cicho, jak pozwalały mu
zesztywniałe nogi.
Dotarł do ciała ochroniarza, które leżało u wejścia do zaułka.
Dotknął go, żeby upewnić się, że nie zostawił rannego, ale ateva był już zimny.
Takie miał towarzystwo w miejscu, gdzie stare mury tworzyły
kąt, w którym mógł się schować człowiek i z którego mógł obserwować przez szparę
drogę biegnącą za plątaniną chwastów.
Gdzieś z góry, czy z dołu, Bren nie był pewien, dobiegły go
nikłe odgłosy. Brakło mu oddechu, usiłował się nie poruszać. Wtedy zobaczył
przez szparę mężczyznę z bronią, który przeszukiwał pobocza drogi - mężczyznę
bez płaszcza przeciwdeszczowego i w kurcie różniącej się od stroju
któregokolwiek z towarzyszy Cenediego.
Na pewno ktoś z przeciwnej strony. Przeszukuje każdy zaułek. I
zbliża się do Brena.
Wziął bardzo głęboki oddech, oparł głowę o ścianę i schował
twarz w cieniu. Blade dłonie wetknął pod pachy. Usłyszał, jak kroki się
zbliżają, zatrzymują prawie w zasięgu ręki. Domyślił się, że ateva ogląda ciało
ochroniarza.
Boże, ochroniarz był uzbrojony. Nawet o tym nie pomyślał.
Usłyszał cichy dźwięk, jakiś trzask. Nie śmiał odwrócić głowy. Stał nieruchomo,
aż w końcu ateva odszedł w głąb zaułka. Na ścianach ślepej uliczki, gdzie
niedawno chował się Bren, rozbłysło światło latarki. Stał w bezruchu, starając
się nie trząść w swej wąskiej kryjówce. Ateva wrócił, tym razem świecąc sobie
latarką.
Promień światła zatrzymał się przed Brenem. Ateva znów zgasił
latarkę, być może obawiając się snajperów, i przestąpiwszy nad ciałem
ochroniarza, zaczął schodzić ze wzgórza.
Zgarnia niedobitków, pomyślał Bren, oddychając chrapliwie.
Kiedy upewnił się, że nic mu nie grozi, przykucnął i zaczął obszukiwać ciało
ochroniarza.
Kabura była pusta. Broni nie było ani w ręce, ani pod ciałem.
Do diabła, pomyślał. Nie brał pod uwagę kwestii broni, to nie była jego
dziedzina, i dlatego popełnił głupi i być może zgubny błąd. Mierzył się z
zawodowcami i prawdopodobnie wciąż popełniał błędy, jak wtedy, gdy znajdując się
w ślepym zaułku, nie pomyślał o broni, zanim nie znalazł jej ten ateva. Oni
robią wszystko dobrze, a on robi wszystko źle, tyle że, jak dotąd, go nie
złapali.
Nie wiedział, dokąd ma iść, nie miał pojęcia o układzie terenu,
ale stwierdził, że rozsądnie będzie przynajmniej wydostać się z tej ślepej
uliczki. Iść za poszukiwaczami wydawało się lepszym wyjściem, niż czekać tu na
nich.
Wstał, owinął się płaszczem, by jego sylwetka była możliwie
najciemniejsza, i ruszył.
W tej samej jednak chwili usłyszał w głębi ulicy głosy i z
mocno bijącym sercem z powrotem wcisnął się w swój zakamarek.
Nie wiedział, dokąd poszedł samotny poszukiwacz. Nie miał
pewności, co się tam dzieje - czy atevi zawrócili, czy może dostali inne
zadanie. Nie wiedział, co mógł wiedzieć ani czego mógł się spodziewać taki
zawodowiec jak Banichi. Nie umiał się skradać, stwierdził więc, że jego jedyną
przewagą może być cierpliwość, po prostu nieruchome trwanie w kryjówce, której
nie zauważył już jeden poszukiwacz. Nie mieli noktowizorów, żadnych urządzeń, o
których ludzie wiedzieli, że atevi natychmiast zastosują w swojej broni. Nie
posługiwali się żadnymi zwierzętami tropiącymi - oprócz mecheiti. Bren miał
nadzieję, że przeciwnicy ich nie mają. Widział już jedną rozszarpaną osobę.
Stał w cieniu. Atevi go mijali, też idąc w dół. Jeden z nich
jeszcze raz sprawdził ciało leżące prawie u stóp Brena, a inny poszedł aż do
końca zaułka. Rozmawiali cicho, tak że nie wszystko dawało się usłyszeć, ale
mówili o liczbie wrogów i zgodzili się, że to trzeci na pewno zabity.
Po chwili odeszli w kierunku bramy.
Po dłuższym czasie Bren usłyszał od tamtej strony jakiś ruch i,
sądząc z tonu, rozkazy. Głosy umilkły; ruch trwał jeszcze jakiś czas i w końcu
Bren zobaczył obcych atevich idących do bramy.
Ta droga ucieczki była więc zamknięta. Jeżeli ktokolwiek z ich
grupy żyje, nie będzie trzymał się bramy. Za Brenem gromadził się oddział mający
przeszukać teren i wyobraził sobie, co sam zrobiłby w takiej sytuacji -
zamknąłby bramę do rana, a za dnia przeczesałby teren w obrębie murów.
Wziął głęboki oddech, wyjrzał przez zasłonę chwastów rosnących
w szczelinach muru obok jego głowy i wymknął się na drogę, owinięty w swój
plastikowy płaszcz, chcąc dotrzeć do najbliższej kryjówki, do następnego
zakamarka.
Znalazł kolejny zaułek. Wszedł do niego, usiłując znaleźć jakąś
ciemną dziurę, w której szukający mogliby go nie wypatrzeć nawet za dnia.
Potrafił się wcisnąć tam, gdzie nie było miejsca dla dorosłego atevy. Mógł
znaleźć takię ukrycie, o którym poszukiwacze nawet by nie pomyśleli, że może się
w nim zmieścić człowiek.
Dwa razy skręcił, za każdym razem bojąc się napotkać ślepe
zakończenie, po czym zobaczył przed sobą otwartą przestrzeń - płaski teren,
niebieskie światła, wzgórze i rozłożony na nim wielki dom otoczony murem, zza
którego było widać białą łunę.
Wigairiin, powiedział do siebie Bręn i zobaczył na końcu pasa
startowego stojący w cieniu odrzutowiec. W okienkach było ciemno, silniki
milczały.
A więc Ilisidi nie kłamała. Cenedi też. Czekał tu na nich
samolot. Coś jednak poszło nie tak i wrogowie zajęli Wigairiin, tak jak
ostrzegał ich Banichi. Banichi miał rację i nikt go nie słuchał, a on znalazł
się w środku tej kabały.
Banichi powiedział, że Tabini podejmuje kroki przeciw
buntownikom - ale na niebie pojawił się statek i Tabini nie mógł rozmawiać z
Mospheirą, chyba że przyślą mu Hanks, ale Hanks, niech ją diabli, nie będzie
pomagać aijiemu walczącemu o utrzymanie swoich wpływów ani społeczeństwu
rozwiązującemu niepewne patronaty czy pomniejszym aijiin, usiłującym zająć
pozycję, która umożliwiłaby im przetrwanie upadku aijiego w Shejidan. Hanks
otwarcie mu powiedziała, że patronaty w terenie nie mają znaczenia, on
utrzymywał, że jest inaczej, ale Hanks nie chciała zrozumieć, dlaczego Bren tak
niezłomnie broni swego stanowiska.
Teraz wokół były dowody na to, że miał rację.
A Ilisidi i Cenedi nie kłamali. Samolot istnieje - nikt tu nie
skłamał, to nie ich wina, że buntownicy przejrzeli ich plan. Do Brena dotarło
wreszcie, że atevi, z którymi był, jak dotąd go nie zdradzili. Ilisidi
prawdopodobnie cały czas zamierzała udać się do Shejidan - dopóki coś całkowicie
nie zawiodło. Oparł się o ścianę. W gardle go ściskało, wirowało mu w głowie.
Mimo wszystko usiłował myśleć. To wcale nie oznaczało, że nie mają zamiaru udać
się gdzie indziej, ale wciąż był przekonany, że wciągnięto ich w pułapkę, choć
przynajmniej wiedział, że zamykająca się wokół niego sieć nie jest dziełem
atevich, których darzył przyjaźnią...
Przyjaźń... Słowo, którego paidhi nie używał. Lecz paidhi
najwyraźniej postradał już zdolność osobistego i zawodowego osądu. Wytarł oczy
drżącą ręką i jak najostrożniej ruszył wzdłuż opuszczonych budynków,
przedzierając się przez chwasty i mijając jakieś stare maszyny, wypatrując
kryjówki, nie mając pojęcia, jak długo będzie musiał w niej siedzieć i jak długo
zdoła trzymać się nadziei, że Tabini zajmie Maidingi i przybędzie do Wigairiin
tą samą drogą co oni.
Jeśli pozostanie na wolności, może to potrwać nawet kilka
tygodni. Pora deszczowa. Nie umrze z pragnienia, chowając się w ruinach.
Człowiek może przetrwać bez jedzenia jakiś tydzień, tylko nie powinien dużo się
ruszać. Potrzebował jedynie kryjówki - jakiejkolwiek kryjówki, ale najlepiej
takiej, z której mógłby obserwować okolicę.
Zobaczył przed sobą na skraju lądowiska jakieś stare zbiorniki
na olej czy paliwo do samolotów, nie był pewien, ale ziemię porastały chwasty, a
same zbiorniki wyglądały na nie używane. Być może mógłby znaleźć schronienie w
ich cieniu, tam gdzie przylegały do muru - wrogowie spodziewali się go bliżej
bramy, a nie przy lotnisku, w miejscu, gdzie prawdopodobnie pracują...
Kolejny irracjonalny obraz piwnicy. Nie widział, gdzie jest,
zamiast tego zobaczył te zakurzone podziemia i już wiedział, co się dzieje.
Oparł się ręką o ścianę, żeby nie upaść. Zachował przynajmniej na tyle
przytomności umysłu, żeby uważać na nogi: wszędzie leżało pełno gruzu. Atevi
zwykle nie tolerowali bałaganu. Stare części maszyn, stare drewno, stare
kamienie budowlane - tego miejsca w Wigairiin najwyraźniej nie sprzątano.
Zburzyli stary mur, żeby wybudować lotnisko, powiedziała
Ilisidi. Nie bardzo przejmowali się przeszłością.
Ilisidi się nią przejmowała. Tu nie zgadzała się z aijiin
Wigairiin.
Rozmawiali o smoketkach i utrzymaniu narodowego skarbu. A ten
skarb rozsadzały eksplozje, atevi zabijali się nawzajem - ze strachu przed
ludźmi, w imieniu Tabiniego, siedzącego tam, gdzie Ilisidi chciała się dostać
przez całe życie...
Smoketki szybujące nad urwiskiem.
Atewskie starożytności zrównane z ziemią, żeby zrobić miejsce
dla pasa startowego, bo postępowy miejscowy aiji nie chciał jeździć do Maidingi
pociągiem.
Bren dotarł do zbiorników i poczuł na rękach sypiący się rdzą
metal. Po omacku wczołgał się do zakamarka utworzonego między zbiornikami i
murem, następnie położył się w wilgotnych chwastach pod wspornikami.
Przez chwilę nie wiedział, gdzie jest. Już go tak bardzo
wszystko nie bolało. Z dziury, którą znalazł, nie miał dobrego widoku, chyba że
na chwasty rosnące przed nosem. Serce biło mu tak mocno, że bolały go żebra.
Nigdy przedtem nie przeżywał czegoś takiego. Właściwie żadna część ciała nie
bolała go bardziej niż cała reszta. Zmarzł z jednej strony, bo drugą okrywał
płaszcz.
Znalazł schronienie. Nie musi się stąd ruszać. Może zamknąć
oczy.
Nie musi też myśleć, może odpocząć i pozwolić, by odrętwienie
zastąpiło ból.
Żałował, że nie poszło mu lepiej.
Nie wiedział, czy to możliwe. Żył i nie został znaleziony. To
lepszy wynik od niektórych zawodowców. Miał więcej szczęścia od biednego
Giriego, który był przyzwoitym atevą.
Miał więcej szczęścia od mężczyzny, który przed śmiercią
wciągnął go do bramy. Bren sądził, że tamten wcale nie myślał, tylko działał. To
chyba stanowiło największą różnicę, jeśli chodziło o reakcje atevich i ludzi.
Można to nazwać miłością. Obowiązkiem. Tym, co robiły mecheiti, kiedy wokół
spadały bomby, a one wciąż podążały za mecheit'-aiji.
Man'chi. To nie znaczy obowiązek. To książkowe tłumaczenie.
Lecz to, co kazało temu mężczyźnie chwycić go w ostatnim przebłysku świadomości,
też było man'chi. Przymus. To, co wiąże grupę.
Powiedzieli, że Ilisidi nie ma man'chi. Że to nie dotyczy
aijiin. Kosmiczna samotność. Wolność absolutna. Babs. Ilisidi. Tabini. "Posyłam
ci do dyspozycji człowieka, `Sidi-ji...".
Nie było niczego, czego nie uczyniłby Tabini, niczego lub
nikogo, kogo Tabini by nie poświęcił. Z ludzkiego punktu widzenia Bren wciąż go,
drania, lubił.
Wciąż lubił Banichiego.
Jeśli ktokolwiek przeżył, to na pewno Banichi. A Banichi
zrobiłby to, co zrobił ten ateva w ostatniej chwili życia - lecz pierwszym
wyborem Banichiego nie byłaby śmierć - ci dranie zapłaciliby za życie Banichiego
i Jago.
Można się założyć, że są wolni. To ochroniarze Tabiniego, a
Tabiniego tu nie ma.
Jest tylko on.
Gdyby mogli, już by go znaleźli.
W kącikach oczu zebrały mu się łzy. Jedna z nich stoczyła się i
zatrzymała z boku nosa. Droga pociekła po policzku i skapnęła w chwasty. Atevi
nie płaczą. Kolejne kosmiczne upokorzenie, którego zaoszczędziła im natura.
W sumie jednak to przyzwoite osoby, jak ta para staruszków z
wnukami. Kierowali się impulsami, które nie sumowały się w miłość, czuli jednak
coś głębokiego, czego nie odczuwali ludzie. Być może jest to coś, do czego
zbliżył się bardziej niż którykolwiek paidhi przed nim...
Nie ma co czekać, żeby atevi odczuli miłość. Paidhi nauczył się
zasypywać tę przepaść. Przestać polegać na słowach. Próbować odczuwać man'chi.
Poczuć, dlaczego Cenedi stłukł go za to, że poszedł po
Banichiego na tę zrytą pociskami drogę. Poczuć to, co myślał Cenedi, tak
wyraźnie, jakby to wykrzyczał: identyczne man'chi, dawno temu wybrane
możliwości. Stare pytanie: co człowiek uratowałby z płonącego domu...?
Personel Tabiniego mający własne man'chi wśród atevich Ilisidi.
Jago miałaby przeciwstawić się man'chi?
Nie partnerka Banichiego.
"Nie zdradzę cię, Bren-ji..."
"Zamknij się, nadi Bren".
Można wierzyć w Jago, nawet jeśli się jej nie rozumie. Można
żywić ciepłe uczucia, obojętnie jak je nazywać. Ona jest po jego stronie, tak
jak Banichi.
Ciepłe uczucia. To wszystko. |